wtorek, 3 stycznia 2012

Więcej niż kpina? Kwestia ironii w magazynach dla mężczyzn


„Seks – ona będzie Twoją grouppie”, „Mr Seks Gadżet. Bądź jej ulubioną zabawką w łóżku” (pisownia oryginalna) to tytuły artykułów zamieszczone na okładce magazynu Men's Helath. Oba odnoszą się do sfery seksualnych relacji damsko-męskich i sformułowane są w sposób, nazwijmy to – humorystyczny. Na pierwszy rzut oka są seksistowskie. Podążając jednak tropem Davida Gaunteltta (i jednocześnie sprawiając, że Sokrates, Schlegel i Zbigniew Herbert przewracają się w grobie), spróbujmy spenetrować ten temat jak najgłębiej – przekraczając granicę drugiego, zakamuflowanego znaczenia, które zwykliśmy określać ironią. Warto zaznaczyć, że David Gauntlett daleki jest od generalizacji magazynów dla mężczyzn. Zastrzega, że redundancja (w tym przypadku dotycząca retoryki czasopism) charakterystyczna jest dla poszczególnych tytułów, a nie ogólnego piśmienniczego tworu, który umownie nazywamy „magazynami dla mężczyzn”. Wykorzystując te spostrzeżenia  pragnę przyjrzeć się relacji domniemanych ironii i seksizmu w Men's Helath (nry 8 i 11 z 20011 r.).

Powołując się na badania ekipy Jacksona, Gauntlett uznaje podwójną funkcję domniemanej ironii męskich czasopism. Ma ona być zarówno zewnętrzna i stanowić „warstwę ochronną” przed zarzutami o seksizm (swoją drogą, właśnie z takiego założenia wychodzi obrona i analiza samego badacza) oraz wewnętrzna – stanowiąca wentyl bezpieczeństwa dla mężczyzn, którzy na wyboistej drodze do autokreacji są niczym dzieci błądzące we mgle.

Uważam, że Gauntlett idealizuje i wyolbrzymia zjawisko samej ironii, która w magazynie Men's Helath występuje w śladowych ilościach. Warto zauważyć, że analiza badacza oparta jest nie retoryce samego tekstu (rzecz jasna analiza tekstualna nie jest w studiach kulturowych wystarczająca, biorąc jednak pod uwagę, że ironia jako strategia retoryczna ściśle związana jest z komunikatem jako tekstem/tworem dyskursywnym, powinna być częścią składową badań), lecz na relacjach odbiorczych – fakt, że czytelnicy nie biorą na poważnie zawartego w magazynach komunikatu, nie oznacza jeszcze, że jest on ironiczny (znaczeniowo subwersywny). Nawet jeśli G. posługuje się figurą „odbiorcy modelowego”, taki przebieg analizy wydaje mi się metodologicznym hochsztaplerstwem niezwykle perswazyjnego tekstu – pamiętajmy, że (np. w przeciwieństwie do kampu w ujęciu Sontag) ironia nie jest w oku odbiorcy, lecz programowana jest przez nadawcę i przez niego odbiorcy sygnalizowana.
Przy ogromnej chęci nie potrafię doszukać się celowej ironii w Men's Helath. Jeśli tytuł jednego z działów brzmi „Mężczyzna alfa”, to z zawarte w nim poradnikowe artykuły mają na celu zbliżenie się właśnie do takiego ideału – sformułowanie może mieć wymiar humorystyczny (można je potraktować z przymrużeniem oka), lecz w ostatecznym rozrachunku kryje znaczenie dosłowne, nie ironiczne/odwrotne.

Najbardziej absurdalnym argumentem G. wydaje mi się spostrzeżenie, jakoby seksizm męskich czasopism był ironiczny w tym sensie, że jego celem jest wykpienie seksizmu właśnie. Trudno dostrzec podwójność obrazów i treści soft-porno zawartych w magazynach – wizerunki półnagich kobiet w zachęcających pozycjach pełnią dokładnie tę samą funkcję, jaką pełni (soft)porno właśnie – wzbudzają/katalizują pożądanie, nic ponadto. Dla porównania – równie karkołomnym intelektualnym przedsięwzięciem byłoby uzasadnienie, że niewybredne rasistowskie lub antysemickie żarty wymierzone są w rasizm lub antysemityzm. Nawet jeśli osoba je opowiadająca zachowuje dystans wobec tych postaw, w gruncie rzeczy nadal przenosi niepoprawnie politycznie treści.

G. zdaje się traktować ironię jako nadrzędną kategorię estetyczną i retoryczną, która jest dominatą w konstruowaniu przekazu przez męskie czasopisma. Można w tym miejscu zadać pytanie, czy redundantna, powtarzalna ironia jest jeszcze rozpoznawalna. Cytując Schlegla, „Jest to najgłębsza ironia ironii, że zaczyna ona nas nudzić właśnie wtedy, gdy nam ją prezentują stale i wszędzie”. Wydaje mi się, że ze względu na skonwencjonalizowanie, ironie straciła swoją konstytutywną cechę – potencjał podwójnego znaczenia. Męskie magazyny to nie poezja Zbigniewa Herberta – strategie ironiczne nie są w nich tak ważne i ewidentnie obecne, jak chciałby Gauntlett. Inaczej mówiąc – badacz implikuje im treści, kótre zwyczajnie nie są przez czasopisma programowane.

Wydaje mi się, że zasadniczym błędem analizy Gauntletta jest zrównanie kategorii ironii i dystansu. Fakt, że niektóre treści magazynu Men's Helath pisane są z przymrużeniem oka, nie oznacza jeszcze, że są ironiczne i zakładają podwójne znaczenie. Bliżej mi do tezy Jacksona, głoszącej, że jest to stworzenie wrażenia, iż mężczyźni chcą takich magazynów, ale tak naprawdę ich nie potrzebują. 


B.S.

wtorek, 20 grudnia 2011

Ile męskości w męskich czasopismach?





Na sklepowych półkach dominują czasopisma skierowane do kobiet. Jednakże nisza męskich magazynów w naszym kraju powoli zaczyna się poszerzać. Obok tak znanej marki jak Playboy, zaczynają wyłaniają się nowe tytuły.

Zacznę od najbardziej znanego czasopisma dla mężczyzn, Playboy. Jest on wydawany na rynku polskim od grudnia 1992 roku. Znany głównie z rozbieranych sesji sławnych kobiet, zarówno Polek jak i zagranicznych gwiazd. Magazyn zawiera także wiele interesujących artykułów i dobrych wywiadów, dla entuzjastów szeroko rozumianej kultury i sztuki.

Podobną stylizacją posługują się wydawcy CKM, który zadebiutował w lipcu 1998 roku. Niestety już przy pierwszym kontakcie z czasopismem można zauważyć mniejszą ekskluzywność zarówno szaty graficznej, jak i niższy poziom zawartych w nim treści. Jednak najbardziej rażą nienaturalne sesje fotograficzne, w których wszystkie kobiety wyglądają jak plastikowe lalki.

W całkowicie innej kategorii można ulokować magazyn Logo, który nastawione jest na reklamę towarów. Zawartość prezentowanych w nim treści jest zachowana w formie poradników, które mają pomóc mężczyznom przy zakupie nowych gadżetów. Jednak dla mnie zastanawiające jest istnienie takich tytułów w dobie Internetu i porównywarek cen.

Według mnie zdecydowanym liderem w przedstawionym przeze mnie zestawieniu jest, już trochę bardziej jednolity tematycznie Men’s Healt. To idealny magazyn dla mężczyzn aktywnych fizycznie, którzy poszukają wskazówek na temat ćwiczeń i zdrowej diety.

Warto zwrócić uwagę na MaleMan, pismo pod redakcją Oliwiera Janika, które kreowane jest na najbardziej ekskluzywne i intelektualne. Jednak mimo dość wysokiej ceny, magazyn nie zawiera wiele treści, kolejne strony są raczej w przeważającej części skierowane bardziej do wzrokowców, niż do czytających osobników.

Na rynku pojawił się jeszcze nowy tytuł na rynku, czyli kwartalnik Prime. Treść to w szczególności artykuły poświęcone kulturze i modzie. Dobrze napisane, ale w średniej oprawie graficznej, przywodzącej na myśl magazynu z niższej półki.

Jak więc widać magazyny męskie uległy modzie na atrakcyjny wygląd, a kreowany przez nie wizerunek mężczyzny jest bardzo zbliżony do wizerunku mężczyzny metroseksualnego.
Nastawienie współczesnego reprezentanta kultury zachodniej do własnej atrakcyjności fizycznej jest źródłem wielkiego paradoksu, który stanowi obiekt badań psychologów na całym świecie. Z jednej strony ludzie mają niespotykane wcześniej możliwości poprawiania wyglądu, korygowania kształtu twarzy i ciała poprzez odpowiednie ubrania, makijaż, zabiegi, ćwiczenia, masaże aż po operacje plastyczne, i chętnie z tego korzystają, a z drugiej wcale nie są dzięki temu szczęśliwsi. Z badań Amerykańskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej wynika, iż liczba operacji wykonywanych w celach kosmetycznych spadła w 2004 roku w porównaniu z rokiem 2000 (z 1900 tys. operacji do 1740 tys. w roku 2004).
W powszechnym mniemaniu operacje plastyczne to domena kobiet. Pogląd ten podzielają także niektórzy naukowcy, choćby przedstawiciele nurtu socjobiologicznego, którzy twierdzą, że uroda ma drugorzędne znaczenie w przypadku mężczyzn. O ich atrakcyjności na rynku matrymonialnym decyduje posiadanie odpowiednich zasobów – obecnie pieniędzy, kiedyś pożywienia, dzięki którym mogą zapewnić potomstwu przetrwanie. Zupełnie inny obraz współczesnego mężczyzny wyłania się po analizach statystyk operacji plastycznych wykonywanych przez tę płeć.
Mamy więc z jednej strony niespotykany wcześniej pęd do poprawiania urody, któremu ulegli także mężczyźni, z drugiej strony regularny wzrost liczby osób niezadowolonych z wyglądu. Klasykę badań nad tym zjawiskiem stanowią międzynarodowe pomiary wykonane na zlecenie miesięcznika Psychology Today, z których wynika, że w 1972 roku liczna niezadowolonych z wyglądu ogólnego mężczyzn była 3 razy niższa niż w roku 1997. Źródłem największych frustracji jest dla męskiej populacji brzuch (ponad połowa niezadowolonych), waga (połowa populacji) oraz muskulatura – ok 45 %.
Niedościgłe ideały urody
Ludzie są ładniejsi, bardziej atrakcyjni niż kiedykolwiek przedtem i najbardziej w historii ludzkości niezadowoleni z własnego wyglądu. Stwierdzenie tego faktu pociąga za sobą pytanie o przyczyny zaistniałego paradoksu. Psychologowie są zgodni mówiąc, że jednym z powodów są wygórowane standardy urody. Przykładem takiego wzorca, który wymaga ogromnej dbałości, elegancji oraz wyrafinowanego smaku jest model mężczyzny metroseksualnego. To nowe pojęcie, wymyślone przez brytyjskiego dziennikarza Marka Simpsona w 1994 roku, które funkcjonuje w świadomości społecznej od kilku lat, oznacza heteroseksualnego, dobrze wykształconego mężczyznę, najczęściej mieszkańca dużego miasta, o cechach uważanych do tej pory za typowo kobiece: zadbanego, wypielęgnowanego, gustownie ubranego, przywiązującego wagę do zabiegów kosmetycznych, znajdującego przyjemność w zakupach. Kobiety mówią o mężczyznach metroseksualnych, że są nie tylko kulturalni i obyci w świecie, ale także delikatni, empatyczni i uczuciowi. 
Szukanie winowajcy
Kolejne pytanie, jakie stawiają sobie psychologowie w związku z badaniami nad wizerunkiem ciała, odnosi się do promocji współczesnych standardów urody. W jaki sposób propaguje się ideały atrakcyjności fizycznej, kto ponosi odpowiedzialność za lawinowy wzrost niezadowolenia z wyglądu wśród mieszkańców krajów zachodnich? Wielu oskarża o to media (m.in. prasę), które w sposób natarczywy lansują nadmiernie wychudzone modelki i nienaturalnie umięśnionych mężczyzn. Są też tacy naukowcy, którzy zwracają uwagę na ujednolicenie wzorców sylwetek kobiecych i męskich, które powinny być: szczupłe, umięśnione i wysokie. Chcąc znaleźć potwierdzenie zarzutów stawianych mediom, psychologowie analizują przekazy telewizyjne – programy, filmy; prasowe – artykuły oraz zdjęcia i reklamowe – np. billboardy pod kątem promocji opisanych wcześniej standardów urody.
Jednak najczęściej mężczyźni czytają przede wszystkim o sprzętach (AGD, audio-wideo, komputery, urządzenia sportowe, telefony) oraz o szeroko rozumianym wyglądzie zewnętrznym (ubrania, kosmetyki, perfumy, fitness, sport, zdrowa dieta, odchudzanie, rekreacja). Jeżeli uwzględnimy jeszcze fakt zdecydowanego promowania zdjęć atrakcyjnych ludzi, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, możemy odpowiedzieć twierdząco na postawione na wstępie pytanie. Magazyny męskie uległy modzie na atrakcyjny wygląd, a kreowany przez nie wizerunek mężczyzny jest bardzo zbliżony do wizerunku mężczyzny metroseksualnego.
Czy treści przedstawiane w magazynach męskich stanowią odzwierciedlenie upodobań i preferencji czytelników, czy też je kształtują? Naukowcy nie są w tej kwestii zgodni. Według mnie mamy do czynienia z oddziaływaniem dwustronnym, a więc kreacją nowych trendów oraz odpowiadaniem na zapotrzebowanie rynku czytelniczego.


I.Ł.

wtorek, 13 grudnia 2011

Dbaj o siebie



Zapewne włos zjeżyłby się głowach tradycyjnych naukowców, którzy usłyszeliby o próbie aplikacji koncepcji technologii „self” autorstwa Michela Foucaulta na dyskurs kolorowych czasopism dla kobiet. Pokuśmy się jednak tę niewinną trawestację i na potrzebę chwili zrównajmy slogan reklamowy kosmetycznej firmy Garnier z przednowoczesnymi strategiami budowania prawdy o sobie.
Wydaje się, że Cosmopolitan, stosując się do starogreckiej zasady „w zdrowym ciele zdrowy duch”, proponowane przez siebie dyskursy podmiotowości opiera raczej na pierwszym członie tej sentencji. Poznawanie ciała i troska o własny wizerunek, których głównym aspektem jest zaspokajanie konsumpcyjnych potrzeb, to elementy tworzące performatywną cosmotożsamość współczesnej młodej kobiety. Pozwalając sobie na dalsze mezalianse filozofii i popkultury - jeśli u Marksa „byt określa świadomość”, tak w Cosmopolitan „konsumpcjonizm określa tożsamość”. Niemniej, redukcja osobliwych technologii „self” prezentowanych w Cosmo jedynie do fizycznej atrakcyjności i afirmacji seksualności jest krzywdzącym analitycznym zaniechaniem. Warto prześledzić także, obecne w mniej oczywisty sposób, sposoby autokreacji związane z emocjonalnością, duchowością czy intelektem.

Rzecz jasna, takie badanie wymagałoby bardziej pogłębionej analizy wielu numerów czasopisma wydanych na przestrzeni kilku lat, biorąc jednak pod uwagę redundancję magazynów tego typu, na potrzeby tej notki potraktujmy listopadowy numer tegorocznego Cosmopolitan (nr 11(174)/2011) jako reprezentatywne studium przypadku.

Do rozwoju osobistego zachęca nas już sama okładka, zamieszczająca (co prawda mniej wyeksponowany) nagłówek „Kariera w stylu Cosmo: Jak dotrzeć na szczyt?”. Stosunkowo krótki artykuł przybliża Mikę Brzezinski (co ciekawe w kontekście rodzimego Cosmo, nie ma słowa o polskim pochodzeniu córki Zbigniewa Brzezińskiego – bardzo kosmopolitycznie i antypatrialcahlnie jednocześnie) jako dziennikarkę nonkonformistyczną. Tekst utrzymany jest w konwencji miniwywiadu. Pojawiają się wątki feministyczne: „To fatalny pomysł spędzać czas z mężem i dziećmi (w twoim przypadku to może być chłopak lub znajomi), gdy myśli są zaprzątnięte czymś innym” (s. 58). Artykuł przedstawia kobietę ambitną, profesjonalną i zaangażowaną w pracę, której poświęciła sporo czasu. Podobnie jest w dłuższym już tekście (który w przeciwieństwie do poprzedniego nie jest przedrukiem z amerykańskiego wydania) poświęconym nastoletniej polskiej władczyni internetu – posiadaczki i założycielki kilku portali internetowych. Tekst to narracyjna biografia „dziewczyny z sąsiedztwa”, która wytrwałością i pomysłowością osiągnęła sukces – taka postawa jest przez Cosmo podziwiana i stawiana jako wzór. W cosmokarierze liczą się zarówno wytrwałość, jak i kompetencje. Artykuły rzetelnie zaznaczają, że by osiągnąć zawodowy sukces, częściowa rezygnacja z przyjemności życia osobistego jest konieczna. Niemniej, warto.

Kilka artykułów (4) poświęconych jest także kobiecej emocjonalności i „radzeniu sobie z problemami”. Część z nich odnosi się do związków z mężczyznami – pojawiają się wskazówki radzenia sobie po rozstaniu, opis właściwej i niewłaściwej zazdrości oraz długi tekst poświęcony reakcji na własne błędy. Artykuły mają charakter poradnikowy, a z cosmoinstruktażu wynika konieczności racjonalnego podejścia do problemu, analizy, bilansu zysków i strat. To może być dość zaskakujący wniosek – Cosmopolitan okazuje się bastionem kobiecej zdroworozsądkowej postawy. „Zwiększysz szanse, na poznanie mężczyzny, który jest Ciebie wart” (s. 50), „Masz prawo się mylić” (53), „Nie pozwalaj, by ktoś naruszał Twoje poczucie godności” (54) – to tylko niektóre z rad, jakie można porównać z antyczno-chrześcijańskimi regułami technolofii „self”.

W tym kontekście ciekawym artykułem, który spodobałby się zarówno McRobbie, jak i bardziej niechętnym kobiecym czasopismom feministkom, jest tekst „Gdy nie masz ochoty być mamą”, ze śródtytułem korespondującym z niniejszą próba analizy „Troska – tak. O siebie”. Tekst prezentuje macierzyństwo jako wybór oraz nie wartościuje powodów, dla którego można z niego zrezygnować – kariera, trudności finansowe, lęk przed odpowiedzialnością, w końcu brak ochoty – to świadomy wybór kobiety. Najpierw należy poznać własne potrzeby, a następnie w zgodzie z nimi troszczyć się o przebieg życia.

Do troski o duchowość zachęca nas także dział (1 strona) kulturalny, gdzie oprócz multipleksowego repertuaru i znajdziemy przychylną opinię o muzyce filmowej do „Flamenco” Carlosa Saury oraz książki wydawnictwa W.A.B.

Nie można zapominać o tym, że Cosmopolitan jako czasopismo (mimo feeri kolorowych obrazków) operuje przede wszystkim słowem, które jest bardzo ważnym nośnikiem obecnej w magazynie osobliwej propozycji technologii „self”. Retoryka „dbaj o siebie” to m.in.: persfazyjnośc, bezpośrednie zwroty do czytelniczek, tryb rozkazujący, przekonująca argumentacja, odwoływanie się do doświadczeń, które posiada każda kobieta

W Cosmopolitan trudno oddzielić sferę rozwoju „fizycznego” i „duchowego” - wizerunek jest bardzo ważnym elementem proponowanej przez czasopismo kobiecej tożsamości. Na 64 artykuły wymienione w spisie treści, 9 dotyczy problemów niezwiązanych bezpośrednio z urodą i seksem. Kariera ma przynieść wymierne zyski finansowe, liczy się zadowolenie z własnych postaw, a sukces jest mierzalny osobistą satysfakcją. Jeśli Cosmopolitan faktycznie proponuje technologie „self”, nie jest to pełny projekt autokreacji.

B.S.

wtorek, 29 listopada 2011

"Przeterminowane" poglądy




Od wieków w powszechnej świadomości pielęgnowany jest sposób myślenia oparty na ideologii spychającej kobiety do roli reproduktorki i użytecznego narzędzia. W niektórych społeczeństwach ciągle uważa się, że status kobiety zdeterminowany jest przez jej anatomię i czynniki biologiczne. Kobieta rodzi się, by zostać matką, żoną i gospodynią domową. Jest mniej inteligentna, ma ograniczone zdolności koncentracji i pojmowania przestrzennego, a tym samym nie może być równorzędnym partnerem. Takie „przeterminowane” poglądy uniemożliwiają kobietom pełny rozwój.
Feministka a(i) kobieta
Według stereotypów, feministki nie malują się, nie uznają depilacji, nie lubią zakupów, nie mają poczucia humoru, są zgorzkniałe i ogólnie stanowią osobną rasę. Są zbyt ambitne, przemądrzałe i mają niewyparzony język. Słyszano również, że tylko kobiety nieatrakcyjne postanawiają zająć się robieniem kariery. Dlatego zwyczajne dziewczyny rzadko publicznie nazywają się feministkami, bo boją się krytyki i śmieszności, z którymi mogą się spotkać.
Feministki to na ogół zwyczajne, często atrakcyjne i sympatyczne kobiety/dziewczyny. Nie stronią od czytania książek kucharskich, chodzenia na imprezy, flirtowania i noszenia butów na wysokich obcasach. Nie ma powodu, dla którego miałyby to robić. Zazwyczaj nie mają też nic przeciwko mężczyznom i cenią sobie ich towarzystwo. Podobnie jak doceniają inne kobiety. Feminizm nie polega na walce z mężczyznami. Nie zakłada też udowadniania, że panie są lepszą płcią. Choć na pewno piękniejszą.
Hegemoniczna relacja pomiędzy feministkami a kobietami jest najczęściej zajmowaną pozycją wewnątrz feministycznej krytyki mediów. Używając pojęcia Angeli McRobbie (badaczka, zajmująca się m.in. wpływem prasy na nastolatki), możemy również nazwać strukturę tej relacji „rekrutacją”, rozumianą w kategoriach przechodzenia kobiecej tożsamości z żeńskiej w feministyczną. Poprzez taki stosunek konstrukcja tożsamości feministycznej zawiera w sobie wyraźny podział pomiędzy postawami typowymi dla feministek a tymi postawami, które są im przeciwstawne, a które zajmowały zwykłe kobiety, gospodynie domowe – kobiety, którymi feministki mogły się stać. Pozycja ta jest często głęboko sprzeczna, zawiera bowiem równoczesne wyparcie oraz obronę tradycyjnej kobiecości, a chodzi o m.in. by kobiety skupiły się na własnych potrzebach i stworzyły swój świat wartości, niezależny od męskiego punktu widzenia. Z perspektywy psychoanalitycznej możemy założyć, że spotkanie, do którego dochodzi pomiędzy feministką a gospodynią domową zawiera nie tylko konstrukcję tożsamości „niezależnej kobiety”, ale także szczególnie akcentuje związek z matką. Wykorzystując prasę (medium, do którego każda kobieta ma dostęp) jako miejsce spotkania feministek ze „zwykłymi” kobietami, jako nieustające pole walki, próbują rozdźwięk pomiędzy obiema postawami zatrzeć.

Prasa kobieca po polsku: „Twój Styl” czy „Glamour”


Można przypuszczać, że prasa kobieca jest przepełniona feministycznymi poglądami, że stara się zebrać jak największą rzeszę kobiet, którym odpowiadają zamieszczone w niej ideologie i poglądy wpisane w nurt feministyczny. Jednak nie we wszystkich czasopismach można doszukać się feminizmu.
Prasę kobiecą najprościej można podzielić na poradnikową, czyli popularne „kolorówki”, a także ekskluzywną, do których zaliczyć można pewną podgrupę pism np. Cosmopolitan, czy Glamour, czyli magazyny dla młodych, niezbyt wymagających czytelniczek, gdzie odważnie porusza się m.in. kwestie seksu.
W czasopismach poradnikowych trudno doszukać się feminizmu. W tej prasie kobieta nie funkcjonuje jako samodzielna jednostka. Wedle idei tych poradników, kobieta jest spełniona i jej życie jest wartościowe, jeśli jest matką lub żoną, ewentualnie babcią. Jeśli jest do tego zadbana, spełnia się w pracy, nie zaniedbując jednocześnie domowych obowiązków jest ideałem. Oczywiście można się w tym dopatrywać pewnego zarysu feminizmu, małego kroku w stronę równouprawnienia, ponieważ kobieta ma prawo dbać o swoją karierę zawodową, mieć ambicje, jednakże nie powinno to być ważniejsze niż rola matki i żony.
Inaczej jest z pismami ekskluzywnymi, typu „Pani”, „Elle”, czy „Twój Styl”. Te magazyny przeznaczone są dla dojrzałych, świadomych kobiet.  Ich redaktorki naczelne są kobietami sukcesu, którym każda przeciętna Polka może zazdrościć (im) urody, doświadczeń, pracy i…pieniędzy.
Najtrudniej znaleźć jednak jakiekolwiek przesłanki feministyczne w pismach typu „Cosmopolitan”, czy „Glamour”. Tam kobieta jest przedstawiana jako śliczna lalka służąca do sprawiania przyjemności mężczyźnie. To pisma, które propagują bardzo tendencyjny i tradycyjny model związku. Także w pracy kobieta ma być przede wszystkim dobrą pracownicą, nigdy szefem. Trudno natrafić w tego rodzaju gazetach na dobry, ambitny tekst. Główne tematy to seks, uroda, zakupy oraz związek. Feministka zdecydowanie nie znajdzie tam niczego dla siebie, odrzuci raczej takie pismo z niesmakiem. Trudno tam o feministyczny felieton, a artykuły są  zazwyczaj na niewysokim poziomie pism dla mężczyzn typu „CKM”. Są to także ewidentne kalki zachodnich tytułów. 
W Glamour z września 2005 roku panie wybierają mężczyzn swojego życia, a najważniejszymi kryteriami są – pieniądze, seks, uroda. Co liczy się dla nich najbardziej? Glamour pyta swoje czytelniczki, kiedy „wskakują do łóżka” swoim partnerom, ile razy zdarzyło się im uprawiać seks z nowo poznanym partnerem. Nikogo nie interesuje tam intelekt, zainteresowania, czy wykształcenie. Najważniejsze jest to, co jest na wierzchu.  Trudno więc szukać tam jakichkolwiek oznak feminizmu, prawie wszystkie teksty tam zamieszczane są raczej jego zaprzeczeniem.


Feminizm dla klasy robotniczej



Amerykańskie wydanie Cosmo było atakowane z dwóch stron: przez konserwatywną Amerykę z jednej, przez feministki z drugiej. To, co było dla redaktor naczelnej tylko seksowne - makijaż, ubiór, golenie nóg, farbowanie włosów - feministki upolityczniły. Oskarżyły autorów i redaktora naczelnego o to, że okładki 'Cosmopolitana' przedstawiają kobietę jako przedmiot, seksualną zabawkę mężczyzny. Znana autorka Gloria Steinem (znana, amerykańska feministka polskiego pochodzenia, a także dziennikarka i założycielka feministycznego magazynu „Ms”) twierdziła, że Cosmo girl potwierdza szkodliwy stereotyp kobiety, jako istoty głupiutkiej, pustej i frywolnej. Poza tym feministki miały za złe pismu, że w tak nachalny sposób promuje kapitalizm i konsumpcjonizm. Była redaktor naczelna Cosmo - Helen Gurley Brown uważała się za feministkę, popierała prawo do aborcji, nie miała nic przeciw związkom lesbijskim, mówiła, że chce dla kobiet wyboru 'od czegoś tak trywialnego jak spódniczka po coś tak poważnego jak prawo do aborcji'. Jednak jej teksty - które nazywano połączeniem złego stylu z reklamy i kolorowego pisemka - trafiały przede wszystkim do słabo wykształconych kobiet, których nie było stać na palenie staników, a które chciały spróbować wszystkich luksusów życia - ubrań, kosmetyków oraz seksu.


I.Ł.

poniedziałek, 21 listopada 2011

A Very Guilty Pleasure


Jane Arthurs, podążając socjologicznymi tropami Pierre'a Bourdieu, uzależnia sposoby prezentacji tematyki LGBT od hierarchii kulturowego smaku. Najkrócej pisząc, im „poważniejsza”, donioślejsza i bliższa tzw. Sztuce (lub za taką uchodząca) forma medialna i format serialu, tym więcej i odważniej można pokazać. Podobnie dzieje się w przypadku, z założenia bardziej demokratycznych od misyjnych telewizji publicznych, stacji kablowych oraz mediów cyfrowych – ich mniejszościowa publiczność o sprecyzowanym interesie „właściwie” odbierze telewizyjny przekaz. O ile modelowym odbiorcą odważniejszych treści reprezentujących tematykę LGBT jest liberał z klasy średniej, o tyle sposoby ujęcia np. niemotywowanego silnymi uczuciami seksu mogą być poligonem doświadczalnym, na którym telewizja testuje naginanie granic ogólnie przyjętej „przyzwoitości”. Przyglądając się współczesnym serialom, trudno nie zgodzić się ze spostrzeżeniami Arthurs – seriale które cieszą się mianem „ambitniejszych” pozwalają sobie na bardziej otwarte i skomplikowane ujęcie problematyki LGBT.

Spartakus. Krew i piach


Wg Arthurs szczególną estymą cieszyły się serialowe adaptacje brytyjskiej klasyki. Serial HBO co prowadza adaptacją nie jest, ma jednak walor „edukacyjny” (abstrahując od historycznej wiarygodności, ale nie o nią przecież chodzi) – przenosi nas w czasy Starożytnego Rzymu, którego społeczeństwo portretuje. Oprócz waloru poznawczego, ma także dość spory ładunek intertekstualny. Jest kolejną wariacją nt. jednego z najbardziej nośnych, romantycznych mitów popkultury (by wspomnieć chociaż wczesnego Kubricka i Kirka Douglasa) – powstania niewolników–gladiatorów. Serial w ewidentny sposób przenosi jednak akcenty z bohaterstwa i siły fizycznej wojowników na męską cielesność i seksualność. Na niespotykaną dotąd skalę to ciało męskie, a nie damskie jest tu fetyszyzowane (niemal w sposób, w jaki kiedyś opisywała to Laura Mulvey – fragmentacja, zbliżenia, detale itp.). Takie obrazowanie męskiego korpusu jest przyjemnością zarówno dla damskiego, jak i męskiego spojrzenia. Problematyka LGBT jest także w filmie wyrażona bezpośrednio – jeden z towarzyszy tytułowego bohatera, Barca, jest gejem. Typ z niego co prawda romantyczny – na przestrzeni dwóch sezonów („właściwego” i prequelu) angażuje się w dwa długotrwałe związki. Schemat ich rozwoju jest podobny – od przemocy, przez przemoc połączoną z seksem po zaangażowanie emocjonalne. Dwa pierwsze stadia ukazane są dosłownie i bezpardonowo. Sadomasochizm męskich scen seksualnych jest bardzo eksponowany, na ekranie niejednokrotnie pokazywane genitalia. Pierwszym partnerem Barki jest kolega z areny, także gladiator; drugim (i ostatnim, póki śmierć ich nie rozłączyła) delikatny młodzieniec, przywodzący na myśl starożytny (choć grecki raczej, przedstawiony np. w „Uczcie” Platona) homoerotyczny związek ucznia i mistrza. 

Co ciekawe, dla zrównoważenia brutalnego wizerunku gladiatora-mordercy, Baraka i Pietros hodują białe gołębie. [Jeśli puścić wodze interpretacyjnej fantazji, kwestie homoerotyczne byłby także obecne na poziomie ikonografii – biały gołąb jednoznacznie kojarzy się z tęczą – wywodzącym się (gównie) z Księgi Rodzaju (historia potopu i Noego) symbolem pokoju zaadaptowanym przez środowiska LGBT.]
Należy także dodać, że homoseksualizm bohatera jest całkowicie naturalny i akceptowany przez gladiatorów, którzy nie czynią w kierunku Barki żadnych homofobicznych uwag, o co podejrzelibyśmy męską społeczność w typie „macho”.

Oferując zmysłową orgię serial jednocześnie zostawia sobie margines bezpieczeństwa – ewentualne zarzuty o „nieprzyzwoitość i niemoralność” szybko odeprze antyczną dekadencją i historycznym kostiumem. Nawet, jeśli są nim bardzo kuse, skórzane gladiatorskie majtki.

B.S.

poniedziałek, 14 listopada 2011

„Mianuję cię” na kobietę. „Mianuję cię” na mężczyznę.


Nadawanie płci kulturowej wg Judith Butler ma charakter performatywny. Owa performatywność płci, najprościej mówiąc, oznacza sposób jej konstrukcji poprzez nieustanne powtarzanie i odgrywanie.
"Ogłaszam was mężem i żoną.", "Ja ciebie chrzczę.", "Koronuję cię na króla.", "Mianuję cię generałem.", zdania te, a raczej performatywne wypowiedzi pomagają kreować otaczający nas świat i mniej lub bardziej porządkują nasze życie, przypisując nam role, dzięki którym wiemy, co do nas należy, jak mamy się zachowywać, a nawet jak się ubierać, co mówić i co jeść. W ocenie Butler przydzielenie płci kulturowej odbywa się w momencie wypowiedzenia przez położną „słów - zaklęć”: „To chłopiec.”, „To dziewczynka.” W taki sposób nowo narodzonej osobie zostają przypisane role związane z „nadaną” płcią, stereotypy oraz oczekiwania i zachowania, jakie wymaga społeczeństwo od momentu przypisania do konkretnej płci. Stanowi to, zatem rozpoczęcie tworzenia tożsamości płciowej w obrębie dyskursu normatywnego. Ten konstrukt społeczny narzucający płeć kulturową jest permanentnie wpajany dziecku, które go uzewnętrznia i powtarza, dzięki czemu płeć kulturowa (gender) zdaje się być wytworem biologicznym, wypływającym z natury, a nie uzależnień społecznych czy kulturowych. Według Butler człowiek nie rodzi się „mężczyzną” i „kobietą”, ale jest na tę płeć w sposób performatywny „mianowany”.

Judith Butler określa płeć kulturową, jako zjawisko powtarzających się aktów performatywnych, opierających się na przydzielaniu sobie samemu, jaki i innym osobom pewnych stałych skłonności i predyspozycji związanych z płcią (stereotypy płciowe, role, itp.), przejawiających się w wypowiedziach "On jest mężczyzną a więc...", "Jestem kobietą, zatem...". Nieustannie mianowane przez społeczeństwo jednostki na „kulturowe kobiety” i „kulturowych mężczyzn”, równocześnie osiągać efekt statycznych, znaturalizowanych ról płciowych, czyli takich, które wydają się wrodzone, naturalne, biologiczne, normalne itd. To powtarzanie aktów performatywnych konstruuje tożsamości i role płciowe, ukrywając ich dynamiczność i społeczno-kulturowe pochodzenie. Przykładem takiego aktu jest zdanie: „Co z ciebie za mężczyzna, skoro nie potrafisz naprawić kranu.", w którym następuje performatywne "mianowanie" mężczyzny na osobę, która musi znać się na hydraulice.

Gender na ekranie
Niektóre pozy, zachowania, sposoby konstruowania wizerunków są typowe i właściwe dla kobiet, a inne dla mężczyzn. Praktyka kulturowa określa przestrzeń aktów performatywnych konkretnej płci, tak więc pewne gesty, pozy, lub zachowania są asocjowane jako związane z płcią męską lub kobiecą. Określona płeć to między innymi zbiór reguł posługiwania się ciałem, eksponowania go i dostosowywania się do życia w społeczeństwie i reguł nim rządzących.


We współczesnej telewizji nie zawsze jest tak, jak przysłowiowo „Bóg przykazał”. W niektórych reklamach autorzy dokonują przemieszczenia owych znaczeń kojarzonych w aktach performatywnych. Takie reklamy są stworzone na koncepcji zbudowania wizerunku wykraczającego poza tradycyjny, stereotypowy i binarny podział cech.
Reklama firmy Artisti Italiani przedstawia kobietę ubraną w kostium przypominający garnitur dając do zrozumienia, że jest ona związana ze światem biznesu. Męskiego charakteru dodaje modelce rozłożona gazeta z aktualnościami. W prawdzie kobieta realizująca się i działająca w sferze biznesu dziś już nie szokuje, ale nadal jest to terytorium, w którym rządzą mężczyźni. Zatem, kobieta wkraczająca w męska domenę musi zaopatrzyć się w jej atrybuty i poniekąd przebrać się w nie. Kobieta jest wprawdzie umalowana, ale cała stylizacja (dwuczęściowy kostium przypominający garnitur i włosy zaczesane na gładko, by wyglądały na krótko ścięte) nadaje jej prawdziwie silny i męski wyraz. Jednocześnie modelka jest pełna uroku i wdzięku. Autorzy reklamy za pomocą budują wizerunek odnosząc się do tradycyjnych przymiotów, dzięki czemu dają możliwość gry w płciowe skojarzenia.
Podobną koncepcję wykorzystała firma Every Nature, gdzie kobieta w spodniach męskiego kroju, w rozpiętej pod szyją koszuli, siedzi z szeroko rozstawionymi nogami i pozuje na „mężczyznę”. Równocześnie ma delikatne rysy twarzy, a makijaż jest elegancki.
W tych dwóch reklamach autorzy połączyli konwencje budowania męskich i kobiecych wizerunków. Daje to możliwości różnej interpretacji. Można to odczytać w kategoriach zabawy w „przebieranie” się kobiet w męskie ubrania, a z drugiej strony jako swego rodzaju przyzwolenie na zachowanie się w męski sposób.



"He didn't know about our mens collections"



Z sytuacją odwrotną od przedstawionej wyżej spotkać się można w reklamie jesiennej kolekcji męskich butów firmy Bianco. "He didn't know about our mens collections" to hasło reklamowe na kartkach i posterach promujących nową kolekcję. Fotografie ukazują mężczyzn ubranych w typowo kobiece stroje. Każdy z modeli ma na sobie buty na wysokim obcasie i tylko jeden z nich ma kwieciste spodnie, natomiast pozostali spódnice lub sukienki. Ich „kobiecy wdzięk” został uwydatniony wyrazistym makijażem lub biżuterią (pierścionkami, naszyjnikami, klipsami, kolczykami czy bransoletkami). Większość z nich ma perukę (w większości to długie włosy). Kilku modeli przysposobiło sobie typowo kobiece pozy: jeden siedząc na kanapie, wcielając się w skromną i grzeczną kobietę, złączył nogi, drugi okrakiem siedzący na krześle uwodzicielsko opiera się o oparcie krzesła i próbuje kokietować spojrzeniem, inny natomiast w futrze do pasa, z wypiętym lekko biodrem i opartą na nim ręką i nogą wysuniętą do boku stara się ukazać swoje wdzięki i idealną figurę. To pewnego rodzaju zabawa znaczeniami, o której wiedzą odbiorcy, iż jest to gra skoncentrowana na wcielaniu się w przeciwną płeć. Jednakże w przeciwieństwie do kobiet, które przybierają męskie atrybuty, odnosi się wrażenie, że przebranym mężczyznom i całej zaaranżowanej sytuacji towarzyszy puszczanie oka do widza. W połączeniu modeli upozorowanych na kobiety z hasłem reklamowym zdaje się być parodią. Mężczyźni, którzy nie wiedzieli o najnowszej kolekcji butów zostają utożsamieni i wyglądają jak ci wyżej opisani, którzy są zabawni, śmieszą i raczej nie traktuje się ich poważnie.
W tradycyjnym sposobie postrzegania płci na „kobiece” i „męskie” wyróżniamy dwa odrębne obszary doświadczeń. Niemniej jednak przedstawione wizerunki reklamowe kontestują potoczne wyobrażenie o atrybutach płci. Między innymi podważają one sztywny i binarny podział na to, co wpisuje się w „bycie kobietą” a co w „bycie mężczyzną”. Taki stan rzeczy wymaga oczywiście określonej kompetencji kulturowej czy wręcz świadomości performatywu. Jedynie pozostaje otwartą i poddawaną szerokiej dyskusji kwestią, czy motywem przewodnim będzie żonglowanie atrybutami czy wręcz przeciwnie – sprawa relacji płci.


I.Ł.



wtorek, 1 listopada 2011

Postfeminizm w polskim kinie - studium przypadku



Sztuka feministyczna pojawiła się z pragnienia odkrycia kobiecej podmiotowości. Mówiąc prościej: to sztuka identyfikująca podmiot prowadzący narrację – kobietę, z przedmiotem pożądania – z kobietą.
Film, jako jedna z dziedzin współczesnej sztuki, idealnie przedstawia (nie zawsze w sposób dosłowny) teorie postfeminizmu. Seriale amerykańskie takie jak: “Ally McBeal” czy “Seks w wielkim mieście” wzbudziły zainteresowanie polskich reżyserów. Zaczęto adaptować pomysł z przedstawieniem “nowoczesnej kobiety” polskim paniom domu. Polscy artyści postawili sobie za cel nie tylko zapewnienia rozrywki (zwykle filmy wpisujące się w nurt postfeministyczny są komediami), ale także próbę uświadomienia polskiej gospodyni, że istnieje świat poza kuchnią, domem i rodziną.
Polska odbiorczyni - co ją pociąga?
Przede wszystkim najistotniejsza jest sprawa seksu i to z jaką swobodą mówi się o zbliżeniu, które do tej pory był tematem tabu. Dla Polek nową i pociągającą może być sytuacja: kobieta względem kobiety. Zaczyna wzrastać zainteresowanie kobiecymi grupami, organizowaniem spotkań wyłącznie dla kobiet, wskazuje na coraz silniejszą potrzebą przebywania we własnym, “women only”, gronie. Odczuwając potrzebę bezpiecznej pozycji bez mężczyzn, bez potrzeby rywalizowania z nimi czy uwodzenia ich. Jedynymi “niegroźnymi” mężczyznami stają się geje, którzy coraz częściej są traktowani (w świecie nowoczesnej kobiety) jako “sami swoi”. Przyjaźń w polskim kinie była czymś nowym, stąd też sukces filmu “Lejdis” (reż. Tomasz Konecki, 2008).
Lejdis, czyli emancypacja w polskim wydaniu 
Film “Lejdis”, cieszący się blisko 3 milionową widownią, porusza kwestie emancypacji kobiet, żyjących w dobie postfeminizmu. Bohaterkami są cztery przyjaciółki mieszkające w Warszawie. To kobiety wyzwolone, realizujące się w życiu zawodowym i nieco szalone. Film opowiada o dwunastu miesiącach z ich życia. Lejdis znają się od dzieciństwa - przez pewien czas mieszkały w jednej kamienicy. 
Przyjaciółki poznajemy podczas zabawy sylwestrowej, którą jak co roku,organizują w środku lata.
Dziewczyny zdradzają swoje marzenia, które chciałyby żeby spełniły się w nadchodzącym nowym roku. Jednak niebawem okaże się, że życzenia są trudne, a wręcz niemożliwe do spełnienia. Powodem, dla którego marzenia Lejdis pozostaną tylko marzeniami są mężczyźni, a raczej ich podłość. W ciągu tego jednego roku ich życie zmieni się radykalnie. Na szczęście zostanie im to, co najważniejsze: przyjaźń.
W “Lejdis” wyzwolenie seksualne miało trochę inny wydźwięk niż w dotychczasowych produkcjach amerykańskich. Owa wolność czy swoboda jednej z bohaterek (Korby - Anna Dereszowska) miała raczej smutny i dramatyczny charakter. Spowodowane było to nieszczęśliwymi doświadczeniami z dzieciństwa (m.in. konflikt z ojcem), co przejawiało się stanowczym “nie” dla mężczyzn, wiązania się, czułości, zaufania oraz bliskości - wszystkiego, czego tak naprawdę szukały bohaterki.


I.Ł.