piątek, 3 lutego 2012

Porno jako sztuka dla sztuki



Posiłkując się teorią Pierre'a Bourdieu i uwagami Susan Sontag, Mark Janovich stara się podważyć opozycję miedzy sztuką a pornografią. Nie sięga rzecz jasna do aspektów formalno-estetycznych – te byłyby z perspektywy kulturoznawczej zbyt esencjalne, lecz do uwarunkowań społeczno-kulturowych, zwracając uwagę na (dość mętną i wydaje się uprawnioną chyba tylko na gruncie tak wyraźnie warstwowego społeczeństwa, jakim są Brytyjczycy) klasę nowego drobnomieszczaństwa i przynależny jej smak. Dyskusyjne wydaje się także przyjęcie wybitnie modernistycznej i chyba nieaktualnej (choć funkcjonalnej w kontekście proponowanego przez Bourdieu a za nim Janovicha wywodu) dystynktywnej definicji sztuki jako „neutralnej” etycznie i posiadającej jedynie wartości estetyczne. Idąc tym tropem, społeczeństwo mieszczańskie, już na początkuidentyfikowałoby pornografię jako nie-sztukę, gdyż a) budzi moralny sprzeciw b) nie jest neutralna i „intelektualna”, przeciwnie – jej ewidentna funkcjonalność ma budzić bądź dawać upust naszemu pożądaniu. Wydaje się, że o ile taka definicja sztuki przekonałaby Oscara Wilde'a („Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są tylko książki dobrze napisane i źle napisane") i Stanisława Wyspiańskiego, o tyle współcześnie nie sposób redukować sztukę jedynie do wartości estetycznych. Dla przypomnienia: dziedzictwo Wielkiej Awangardy podważającej czystą estetykę, akademicyzm i instytucjonalizm, dylemat Adorno, czy można pisać poezję po Auschwitz, rozwój sztuki zaangażowanej politycznie po 1968 r., w końcu tzw. zwrot etyczny w sztuce i teorii są tylko nielicznymi dowodami na brak zasadności takiego definiowania sztuki. 

Spróbujmy jednak sprzeniewierzyć się perspektywie Jancovicha i spojrzeć na pornografię jako sztukę ze względu na frmalistyczno-estetyczne aspekty konstytuujące ją jako rodzaj/gatunek/nurt. Nie da się ukryć, że pornografia posiada własne konwencje i chwyty. Może się wręcz wydawać, że bywa redundantna i niemiłosiernie wtórna, z czym zapewne jednak nie zgodzą się jej zagorzali miłośnicy. Według koncepcji formalistycznych (np. opis funkcji poetyckiej języka autorstwa Romana Jakobsona), dziedzina sztuki osiąga dojrzałość, gdy jej wytwory (dzieła/teksty) okazują się autorefleksyjne czy też autotematyczne – poruszają problemy własnego powstania oraz zwracają uwagę na formę/poetykę/estetykę jako niezbędne i nieprzeźroczyste elementy. Dalszym etapem rozwoju dziedziny sztuki (czego doskonałym przykładem jest filmowy western) byłaby zdolność do autoparodii i pastiszu. Oglądając firmy porno, zarówno te profesjonalne, pełnometrażowe, jak i chałupnicze kilkominutowe video amatorów lub adeptów porno-techne, nie trudno zauważyć, że jest to sztuka rządząca się ustalonymi konwencjami, wręcz skodyfikowana. Mamy do czynienia ze specyficznym, nadekspresyjnym „aktorstwem” erotycznego spektaklu, przejrzystymi niczym w komedii dell'arte typami bohaterów, rozpoznawalnymi schematami fabularnymi oraz technikami filmowania. Nie wydaje się, żeby pornografia była śmiertelnie poważna – świadome uproszczeń i schematów filmy są ewidentnie ironiczne, tworzone i zaprogramowane na odbiór z przymrużeniem oka. Przykładem na samoświadomość pornografii są prężnie rozwijające się filmy skierowane dla kobiet, na potrzeby wpisu skoncentruję się na dwóch pełnometrażowych dziełach: „5 gorących historii dla niej” Eriki Lust oraz „Wszystko o Annie” powstałej w spowinowaconej z Larsem von Trierem wytwórni Innocent Pictures. W pierwszym filmie małżeństwo w celu przełamania seksualnej rutyny inscenizuje noc według sadomasochistycznych filmów porno – para pragnie, by ich realne życie stało się tak intensywne jak pornograficzny film – mamy więc do czynienia z ewidentnym chywtem pornofilmu w pornofilnie – doskonały przykład formalnej samoświadomości (Theo Angelopoulos pewnie z dumą patrzy na to z nieba). Z kolei „Wszystko o Annie” w bardzo ironiczny sposób prezentuje domniemaną męską dominację w filmach pornograficznych. Kochanek głównej bohaterki jest przesadnie skarykaturowanym samcem alfa, a jego naturalne przymioty jeszcze bardziej wyeksponowane są przez falliczne rekwizyty.

To tylko kropla w morzu przykładów na dojrzałość pornografii jako gatunku, który byłby podatny także na tekstualną analizę z perspektywy formalnej. Idąc dalej, takie podejście mogłoby wejść w postulat „przepisywania historii gatunku” ogłoszony przez Jasona Mittella – grunt akademicki jeszcze nigdy tak dobrze nie łączył przyjemnego z pożytecznym.

B.S.